Dorothy Day: Co oznacza Katolicki Robotnik

September 29th, 2007

The Catholic Worker, listopad 1957.

Drodzy Robotnicy, Bracia w Chrystusie:

Przed domem mamy piękną rzeźbę św. Józefa. Wykonawcą jest Joe O’Connell z Minnesoty. Mężczyźni uchylają kapeluszy, gdy przechodzą, zaś pewna starsza Włoszka kłania się i całuje jego palce oraz robi znak krzyża i pokazuje inne fizyczne oznaki doceniania jego przyjaźni dla Gościnnego Domu. Pewnego wieczora w ubiegłym tygodniu na chodniku przed naszym domem leżał człowiek, z kolanami przy klatce piersiowej, z głową między rękami. Spał. Nie mówiąca po angielsku Włoszka dobrze chwyciła moją rękę, gdy przyszłam. Ledwie mogłam ją zrozumieć, ale ona wciąż wskazywała na człowieka, powtarzając „Jezu Chryste… mój syn, moje serce jest złamane.” W rzeczywistości to nie był jej syn, ale ona wiedziała o czym mówiła. On był Jezusem Chrystusem, trzęsącym się, pijanym. To była część agonii w ogrodzie, gdzie wziął nasze grzechy i wszystkie grzechy, które dopiero miały nadejść. Ludzie zawsze od razu widzą tą prawdę. Widział ją Gandhi, gdy jadąc pociągiem czytał „Unto This Last”, Ruskina parafrazującego słowa Pisma „jednemu z tych najmniejszych”. Salinger, kolumnista w The New Yorker, rozpoznał to, gdy młodszy brat z jego ostatniej opowieści upomniał swoją siostrę za używanie Modlitwy Jezusowej (popularnej w Kościele Prawosławnym) dla własnego duchowego zadowolenia, jednocześnie szydząc i gardząc bliźnim. „Jezus” powiedział siostrze „jest grubą mieszczanką na werandzie, w bujanym fotelu”.

Co oznacza Katolicki Robotnik – czym jest? – pytają często ludzie. Można by odpowiedzieć: dobrowolne ubóstwo. Albo: pomoc potrzebującym bez osądzania. Albo: wzajemna pomoc; albo też: rodzina. Każdy Gościnny Dom jest rodziną z jej błędami i cnotami i, przede wszystkim, jej miłością. Wszyscy możemy patrzeć na siebie i mówić „Jesteś kością z moich kości i ciałem z mego ciała,” wszyscy jesteśmy nawzajem swoimi członkami, gdyż wszyscy jesteśmy członkami lub potencjalnymi członkami Ciała Chrystusa. Nawet te przerażające słowa, pacyfizm oraz anarchizm, gdy rozważy się je, oznaczają, że zawsze próbujemy kochać, a nie zmuszać, „być takimi, jakimi chcielibyśmy widzieć innych,” być najmniejszymi, nie mieć władzy nad innymi, zaczynać od tego człowieka – mikrokosmosu, czy raczej od nas samych.

Gdybyśmy nie próbowali zaczynać od siebie, by samych siebie oddać, nie moglibyśmy wysyłać wam tego półrocznego apelu o pomoc. Piszę to w kościele, w ciszy, z modlitwą. Drukarz zreprodukuje to, wszyscy mieszkańcy i goście pomogą rozsyłać, najstarsi i najmłodsi. Może ośmioletni syn Felicji, który urodził się, gdy była piętnastolatką, przyjdzie pomóc. Mieszkają, troje dzieci, matka i ojciec, w brudnym, pełnym szczurów i popadającym w ruinę mieszkaniu i szukamy dla nich innego, tak jak i dla dwóch innych rodzin. Płacimy co tydzień osiemnaście dolarów w hotelu Bowery za następną rodzinę. Bycie biednym jest bardzo drogie. Nie ma sensu mówić im, by poszli w lepsze miejsce i płacili mniej. To oni są biedni. Wielu z nich to drobni przestępcy, no i oczywiście nie zawsze zachowują się najlepiej. Ale to nasza rodzina i chcielibyśmy mieć więcej pokoi. Jako że nie mamy, pomaga więcej pieniędzy, by zapłacić za pokój. Większość pieniędzy, które dostajemy idzie na ogrzewanie, światło, wodę. Co najmniej 600 posiłków jest serwowanych codziennie. Są podatki do zapłacenia za dwa budynki, które posiadamy (ludzie nie wynajmują takim rodzinom jak nasza, więc musimy kupować domy).

Fizycznie, każdy z nas może zrobić tak mało. Najlepsze co możemy powiedzieć, to że jest to bardzo bezpośrednie, bardzo natychmiastowe. Rozdajemy to, co mamy, tak szybko jak możliwe. Na pewno możemy próbować wzrastać w miłości, i jest to dobre ćwiczenie, to oddawanie tego, co się dostało, czy jest to filiżanka kawy, czy pieniądze na zapłacenie rachunku w spożywczym. Prosimy was w imię św. Teresy, w której święto piszę, i w imię św. Franciszka, którego święto przypada jutro. Zawsze jest święto tam, gdzie jest miłość, a gdzie jest miłość, jest Bóg.

W Chrystusie, naszym bracie,

Dorothy Day

Ten tekst nie jest chroniony prawami autorskimi. Jednak jeżeli wykorzystujesz albo cytuje go prosimy o podanie źródła oryginalnej publikacji i stronę (Dorothy Day Library on the Web na http://www.catholicworker.org/dorothyday/). Dziękujemy.

Oryginał: http://www.catholicworker.org/dorothyday/daytext.cfm?TextID=730

Kevin Carson: Kalkulacja ekonomiczna we wspólnocie korporacyjnej

September 22nd, 2007

Kevin Carson jest autorem Studies in Mutualist Political Economy. Publikuje w blogu Mutualist Blog: Free Market Anti-Capitalism.

Ten artykuł jest efektem jego pracy nad najnowszą książką o teorii organizacji anarchistycznej.

Ogólna linia argumentu racjonalnej kalkulacji Ludwiga von Misesa jest dobrze znana. Rynek czynników produkcji jest konieczny do wyceny wejść produkcyjnych, by planista mógł racjonalnie je alokować. Problem nie ma nic wspólnego ani z ilością informacji, ani problemami agencji. Pytanie brzmi raczej – jak postawił je Peter Klein – „skąd zarządca ma wiedzieć, co kazać zrobić podwładnemu?”

Argument kalkulacji można zastosować nie tylko do gospodarki centralnie planowanej, ale również do wewnętrznego planowania wielkich korporacji w warunkach interwencjonizmu, czy państwowego kapitalizmu. (Przez państwowy kapitalizm, odnoszę się do środków, przez które, jak powiedział Murray Rothbard, „nasze państwo korporacyjne używa władzy przymusowego opodatkowania albo do akumulacji kapitału korporacyjnego, albo do obniżenia kosztów korporacyjnych”, jak również kartelizacji rynków poprzez regulacje, wprowadzania sztucznych praw własności, jak „własność intelektualna” i innej ochrony przywilejów przed konkurencją.)

W ten sposób argument kalkulacji rozwinął Murray Rothbard. Argumentował, że im bardziej wewnętrzna wycena transferowa korporacji jest oddalona od prawdziwych cen rynkowych, tym większa część wewnętrznej alokacji zasobów charakteryzuje się chaosem kalkulacyjnym.

Argument kalkulacyjny Misesa można zastosować do wielkich korporacji – zarówno w warunkach państwowego kapitalizmu, jak i do pewnego stopnia na wolnym rynku – również w inny, nie rozważany przez Rothbarda sposób. Główną przyczyną chaosu kalkulacyjnego, tak jak rozumiał to Mises, było oddzielenie wiedzy przedsiębiorczej od technicznej oraz próby oparcia decyzji produkcyjnych jedynie na rozważaniach technicznych, bez brania pod uwagę takich rozważań przedsiębiorcy, jak wycena czynników. Ale zasada działa również w drugą stronę: decyzje produkcyjne oparte jedynie o wejścia i ceny produktów, bez odniesienia do szczegółów produkcji (typowa praktyka MBA o braniu pod uwagę jedynie finansów i marketingu, a proces produkcji traktując jak czarną skrzynkę) również skutkuje chaosem kalkulacyjnym.

Jednak głównym punktem zainteresowania tego artykułu jest argument kalkulacyjny Misesa w świetle informacji rozproszonej. F.A.Hayek w „The Uses of Knowledge in Society” podniósł nowy problem: nie – tworzenie, albo źródło danych, ale sam rozmiar informacji do przetworzenia. Jest przez to powszechnie postrzegany jako ten, kto otworzył drugi front w misesowskiej wojnie przeciw planowaniu państwowemu. Ale w rzeczywistości argument ten był równie niszczący dla Misesa, co dla kolektywistów.

Mises pomniejszał ważność informacji rozproszonej we własnej krytyce centralnego planowania. Odrzucał jakąkolwiek korelację między biurokratyzacją i dużą skalą. Biurokracja jako taka była szczególnym, opartym na regułach podejściem to tworzenia polityki, w przeciwieństwie do napędzanych przez zysk zachowań przedsiębiorcy. Prywatne firmy były więc z definicji wyłączone z problemów biurokracji.

Argumentując w ten sposób zignorował problemy informacji i koordynacji, nieodzowne przy dużym rozmiarze. Wielkie korporacje z konieczności rozdzielają wiedzę ważną dla decyzji przedsiębiorczych pomiędzy wiele departamentów i poddepartamentów, tak długo, aż koszt zbierania tej wiedzy przewyższy zysk.

Mimo usilnych prób, Mises nie był w stanie wykluczyć kapitalistycznych korporacji z problemu biurokracji. Nikt nie może uznać biurokracji za nieistniejącą, albo przezwyciężyć problemu wiedzy rozproszonej, używając po prostu słowa „przedsiębiorstwo”. Mises próbował uczynić biurokratyczny lub niebiurokratyczny charakter organizacji kwestią jej celów organizacyjnych, a nie jej funkcjonowania. Motywacja pracowników korporacji, od menedżerów w dół, do robotników, z definicji będzie skierowana na zysk; jego wola jest zharmonizowana z wolą akcjonariusza, ponieważ należy do organizacji akcjonariusza.

Definiują cele organizacji jako „nastawione na zysk”, Mises – tak jak neoklasycy – potraktował wewnętrzne działanie organizacji jako czarną skrzynkę. Traktując wewnętrzną politykę kapitalistycznej korporacji jako istotowo nastawioną na zysk, Mises jednocześnie traktował przedsiębiorcę jako niepodzielnego aktora, którego wola i percepcja przenika całą organizację. Przedsiębiorca Misesa był medytującą wszechobecnością, kierującą działaniem każdego pracownika, od menedżera, do sprzątacza.

Postrzegał oddzielenie własności od kontroli, oraz wynikające stąd problemy wiedzy i agencji, jako generalnie nieistniejące. Wynalazek podwójnej księgowości, który pozwolił na oddzielną kalkulację przychodów i strat w każdym dziale przedsiębiorstwa, „zwolnił przedsiębiorcę od zaangażowania w zbyt wiele szczegółów”, Mises napisał w Ludzkim Działaniu. Jedyną rzeczą konieczną do przekształcenia pojedynczego pracownika korporacji, od menedżera w dół, w perfekcyjny instrument własnej woli była zdolność monitorowania bilansu każdego działu czy biura oraz zwalniania funkcjonariuszy odpowiedzialnych za stratę. Mises kontynuuje:

W systemie podwójnej księgowości czyni to możliwym funkcjonowanie systemu menedżerskiego. Dzięki temu przedsiębiorca może oddzielić kalkulację każdego elementu całego swojego przedsięwzięcia w ten sposób, że może ustalić rolę, jaką ma odgrywać w całym przedsięwzięciu… W tym systemie kalkulacji biznesowej każda sekcja firmy reprezentuje oddzielny byt, hipotetyczny niezależny biznes. Zakłada się, że te sekcje „posiadają” konkretną część całego kapitału, zaangażowanego w przedsięwzięcie, czyli że kupuje od innych sekcji i sprzedaje im, a więc ma własne wydatki i przychody, czyli wyniki transakcji albo na plus, albo na minus, które są przypisane do ich własnego rozliczenia, oddzielnego od rezultatów innych sekcji. Tak więc przedsiębiorca może przyznać zarządowi każdej sekcji dużą dozę niezależności. Jedyną wskazówką, jaką daje człowiekowi, któremu powierzył zarząd nad zadaniem, jest uzyskanie największego zysku jak tylko możliwe. Badanie rachunków pokazuje jak skuteczni lub nieskuteczni byli menadżerowie w wykonywaniu wytycznych. Każdy menadżer i podmenadżer jest odpowiedzialny za działanie swojej sekcji lub podsekcji… Jego własny interes kieruje go ku największej trosce i wysiłkowi w prowadzeniu spraw swojej sekcji. Jeżeli przyniesie straty, zostanie zastąpiony przez człowieka, po którym przedsiębiorca oczekuje większych sukcesów, albo cała sekcja zostanie rozwiązana.

Mises zidentyfikował również zewnętrzne rynki kapitałowe jako mechanizm kontrolny ograniczający menedżerską swobodę. O popularnej koncepcji akcjonariuszy jako biernych rentierów w obliczu menedżerskiej kontroli napisał:

Ta doktryna całkowicie pomija rolę, jaką rynek kapitałowy i pieniężny, giełdy papierów wartościowych i dłużnych, które trafny idiom nazywa po prostu „rynkami”, odgrywają w korporacyjnym biznesie… W rzeczywistości zmiany w cenach… udziałów i korporacyjnych zobowiązań są środkami stosowanymi przez kapitalistów dla nadrzędnej kontroli nad przepływem kapitału. Struktura cen zdeterminowana przez spekulacje na rynkach kapitałowych i pieniężnych i w dużych wymianach dóbr nie tylko decyduje jak dużo kapitału jest dostępne dla prowadzenia każdego z korporacyjnych interesów; tworzy ona stan, do którego menadżerowie muszą w szczegółach dostosować swoje operacje.

Ciężko sobie wyobrazić bardziej aroganckich centralnych planistów państwowego socjalizmu, przyjmujących bardziej optymistyczną wizję utopijnego potencjału złożonych kalkulacji.

Peter Klein twierdził, że to poprzedziło sposób, w jaki Henry Manne traktował mechanizm, przez który przedsiębiorcy utrzymywali kontrolę nad zarządem korporacji. Tak długo, jak istnieje rynek kontroli korporacji, swoboda zarządu będzie ograniczana przez zagrożenie wrogiego przejęcia. Pomimo że zarząd posiada dość duży poziom autonomii organizacyjnej, jakiekolwiek znaczące odchylenie od maksymalizacji zysku obniży ceny akcji i sprowadzi na korporację niebezpieczeństwo zewnętrznego przejęcia.

Pytanie brzmi jednak, czy ci, którzy podejmują decyzje inwestycyjne – wyższy zarząd alokujący kapitał między jednostkami korporacji albo zewnętrzni finansowi kapitaliści – posiadają w ogóle informacje potrzebne do oceny wewnętrznej pracy firm i podejmowania właściwych decyzji.

Jak bardzo rzeczywista alokacja finansów w kapitalizmie państwowym różni się od wizji Misesa wskazuje świadectwo Roberta Jackalla w Labiryntach Moralnych (Moral Mazes) o wewnętrznym działaniu korporacji (w szczególności notoryczne praktyki „głodzenia” i „dojenia” organizacji w celu zwiększania jej pozornych zysków krótkoterminowych). Czy pozorny zysk jest zrównoważony, czy tylko pozornym efektem ubocznym przejadania zasobów, jest często najlepiej ocenione przez tych, którzy bezpośrednio zaangażowani są w produkcję. Czysta kalkulacja pieniężna nie wystarcza tym na górze dla prawidłowej oceny tych kwestii.

Problem z misesowskim centralnym planowaniem w przedsiębiorstwie poprzez podwójną księgowość jest taki: to irracjonalne ograniczenia nałożone z góry skutkują często stratami na niższych poziomach. Ale ci na szczycie hierarchii nie chcą przyjąć do wiadomości, że nałożyli na swoich podwładnych podwójne więzy. „Wiarygodne zaprzeczanie”, odpowiedzialność przenoszona w dół, zaś zaufanie w górę, oraz praktyka zabijania posłańców za złe wieści są tym, co przepełnia wielką organizację.

Co do zewnętrznych inwestorów, uczestnicy rynków kapitałowych są jeszcze bardziej niż zarząd oddaleni od danych potrzebnych do oceny efektywności czynników używanych wewnątrz „czarnej skrzynki”. W praktyce, wrogie przejęcia dążą ku firmom o niskim poziomie zadłużenia i pozornie niskim krótkoterminowym zyskom. Korporacyjni łowcy częściej wyczuwają krew, jeżeli jest możliwość zaciągnięcia kolejnych długów i opróżnienia z majątku dla krótkoterminowych zysków. Z drugiej strony, najlepszą drogą dla uniknięcia wrogiego przejęcia jest przeładowanie organizacji długami i zwiększanie krótkoterminowych zysków poprzez „dojenie”.

Następnym problemem, z perspektywy tych na górze, jest ustalenie znaczenia strat. Jak wielkoskalowy inwestor odróżni straty spowodowane przez gry wyższego zarządu systemu, dokonywane we własnym interesie, a na koszt produktywności organizacji, od strat pojawiających się jako normalny efekt cyklu koniunkturalnego? Spośród wszystkich ludzi, którzy odrzucili neoklasyczne podejście ekonometryczne dokładnie dlatego, że zmienne są zbyt złożone, by można je było kontrolować, Mises powinien przewidzieć te trudności.

„Gry” zarządu równie dobrze mogą być czysto defensywną odpowiedzią na bodźce strukturalne, sposobem na odwrócenie uwagi od tych na górze, których jedyną troską jest maksymalizacja widocznych zysków, bez rozważania, jak krótkoterminowe oszczędności mogą oddziaływać na długoterminowe straty. Praktyki „głodzenia” i „dojenia” organizacji, pokazane przez Jackalla – odkładanie potrzebnych kosztów utrzymania, pozwalanie na zużywanie się fabryk i sprzętu, i tym podobne, w celu poprawiania kwartalnego bilansu – biorą się z tego nacisku, tak irracjonalnego, jak naciski sowieckich kierowników w obliczu planów gospodarczych.

Wspólna kultura

Problem komplikuje się, kiedy ta sama kultura organizacyjna – zdeterminowana przez same potrzeby systemu menadżerskiego – jest dzielona przez wszystkie korporacje w zapoczątkowanym przez państwo przemysłowym oligopolu, więc ten sam wzorzec strat pojawia się w całym przemyśle. Jest to jeszcze bardziej skomplikowane, gdy generalna atmosfera kapitalizmu państwowego pozwala korporacjom w skartelizowanym przemyśle działać w ciemno, pomimo nadmiernych rozmiarów i dysfunkcjonalnej kultury wewnętrznej. Staje się niemożliwe, by prawidłowo ocenić dlaczego korporacja jest w ogóle zyskowna: czy zyski pochodzą ze skuteczności, czy z jakiegoś stopnia ochrony przed konkurencyjną karą za nieefektywność? Jeżeli decyzje MBA zmierzające ku zaangażowaniu w rabunek i dojenie, na korzyść krótkoterminowej dochodowości, skutkują długoterminową szkodą dla zdrowia przedsiębiorstwa, będą raczej wzmocnione, niż potępione przez inwestorów i wyższą kadrę. Mimo wszystko, działali zgodnie z konwencjonalną wiedzą z Wielkiego Podręcznika MBA, więc nie mogło ich to sprowadzić na manowce. Musiały być plamy na słońcu, albo coś takiego.

W rzeczywistości, wspólnota finansowa czasem potępia przekroczenie norm kultury korporacyjnej nawet, jeżeli są całkiem skuteczne przy konwencjonalnych miarach. Akcje Costco straciły, pomimo że spółka przewyższałą Wal-Mart jeżeli chodzi o zysk, w efekcie nieprzyjaznych komentarzy wspólnoty biznesowej, na temat jej ponadprzeciętnych wynagrodzeń dla pracowników. Bill Dreher, analityk Deutsche Bank, obłudnie zaznaczył „W Costco lepiej jest być pracownikiem lub klientem, niż udziałowcem.” Mimo wszystko, w świecie inwestycji dokonywanych na wiarę, Wal-Mart „pozostaje ulubieńcem Wall Street, która, jak Wal-Mart i wiele innych spółek, wierzy, że udziałowcy są w najlepszej sytuacji, jeżeli pracownicy robią wszystko, być obniżyć koszty, wliczając w to koszty pracy” (Bussiness Week Online 12 kwietnia 2004).

Z drugiej strony, zarząd może być hojnie wynagradzany za doprowadzenie korporacji na dno, tak długo, jak jest uważa się, że robi wszystko prawidłowo, zgodnie z normami kultury korporacyjnej. W historii z New York Timesa, którą Digg prawidłowo zatytułował „Home Depot CEO Gets $210M Severance for Sucking a Job”, pojawia się informacja, że Robert Nardelli, menadżer Home Depot, otrzymał olbrzymią odprawę, pomimo słabych wyników. Dobrze, że nie podniósł za wysoko płac pracowników, bo wtedy musiałby jadać w przytułku.

Jak można się było spodziewać, podejrzani zaangażowali się w obronę honoru Nardelli’ego. Allan Murray napisał w artykule dla Wall Street Journal, że miał „więcej niż podwójne… przychody.”

Ale Tom Blumer z BizzyBlog, którego źródła z oczywistych powodów wolą pozostać anonimowe, zwrócił uwagę na kilka niezwykłych faktów o tym, jak Nardelli osiągnął te zwiększone przychody:

  • Konsolidacja kupna i wielu innych funkcji w Atlancie, zamiast w wielu regionach, sprawiła, że kupujący stracili bezpośredni kontakt ze sprzedawcami…
  • Zwalnianie doświadczonych i bogatych w wiedzę ludzi na rzecz żółtodziobów i półetatowców poważnie zmniejszyła płace i koszty otrzymania przychodu, ale w dłuższym okresie odstraszyła klientów i dała spółce zasłużoną opinię przeciętnych usług…
  • Nardelli i jego ludzie używali każdej sztuczki w księgowości, kontraktach i szybkiego podregulowywania, jakich tylko mogli, by liczby wyglądały dobrze, podczas gdy interes szedł na dno.

W poniższym, skierowanym bezpośrednio do mnie, komentarzu, Blumen dostarczył dodatkowych informacji:

Nauczyłem się, że Nardelli, w ostatnich miesiącach przed odejściem, przeniósł wszystkie funkcje nabywcze z Atlanty, do… Indii – by załapać się na zagraniczny outsourcing.

Powiedziano mi, że „na odległość” w ogóle nie oddaje jak złe są teraz relacje między sklepami HD i nabywcami, lub między nabywcami HD a dostawcami.

Nie tylko występuje bariera dialektów, ale nabywcy z Indii nie znają „języka” amerykańskiego sprzętu – czy nawet czym jest połowa towaru w sklepach i u dostawców, który opisują.

Powiedziano mi, że olbrzymią ilość czasu, pieniędzy i energii marnuje się – wszystko w imię tego, co przy dążeniu do uzyskania nagród za cięcia w personelu i czynienie, by wydatki G&A [ogólne i administracyjne] wydawały się niskie („wydawały się” niskie, gdyż koszta poszły w górę dla sklepów i dostawców).

Nie jeden obserwator zwrócił uwagę na podobieństwa destrukcyjnego efektu bodźców wewnątrz sowieckiego systemu centralnego planowania i zachodniej gospodarki korporacyjnej. Odnotowujemy systematyczny nacisk na stworzenie iluzji krótkoterminowych zysków, przez podminowywanie długoterminowej produkcyjności.

Weźmy pod uwagę przewidywania Hayeka, co do niekonsekwentnego rozwoju, irracjonalności i misalokacji zasobów w gospodarce planowanej („Socialist Calculation II: The State of the Debate”):

Nie ma powodu oczekiwać, że produkcja zatrzyma się, albo że władze będą miały trudność w używaniu w jakiś sposób wszystkich dostępnych surowców, czy nawet produkt zostanie trwale obniżony, poniżej poziomu z jakim zaczęło się centralne planowanie… [Powinniśmy oczekiwać] nadmiernego rozwoju niektórych gałęzi produkcji, na koszt innych, oraz używania metod, niewłaściwych dla danych warunków. Powinniśmy oczekiwać nadmiernego rozwoju pewnych przemysłów, o kosztach, których nie da się usprawiedliwić powagę zwiększonego produktu i ujrzenia nieograniczonych ambicji inżyniera, by zastosować gdzieś najnowsze wynalazki, nie zastanawiając się, czy ekonomicznie pasują do sytuacji. W wielu przypadkach wykorzystanie najnowszych metod produkcji, które nie byłyby zastosowane bez centralnego planowania, byłoby symptomem błędnego wykorzystania zasobów, a nie dowodem sukcesu.

Jako przykład przytacza „doskonałość, z technologicznego punktu widzenia, niektórych elementów rosyjskiego sprzętu przemysłowego, która czasem uderza nieprzygotowanego obserwatora, i która jest zwykle postrzegana jako dowód sukcesu”.

Dla każdego obserwującego niezrównoważony rozwój gospodarki korporacyjnej w warunkach państwowego kapitalizmu, powinno to zainspirować poczucie déjà vu. Całe kategorie dóbr i metod produkcji zostały rozwinięte po olbrzymich kosztach, czy to w przemyśle wojskowym, czy poprzez dotowane przez państwo R&D w gospodarce cywilnej, bez zwracania uwagi na koszta. Dotowanie akumulacji kapitału, R&D, i edukacja techniczna radykalnie wypaczyły formy, przybierane przez produkcję. (Na ten temat patrz prace Davida Noble’a, Forces of Production oraz America by Design.) Olbrzymie fabryki oraz centralizacja gospodarcza stały się sztucznie opłacalne, dzięki systemowi Kolei Międzystanowej i innym środkom eksternalizacji kosztów dystrybucji.

Rozszerzająca się irracjonalność

Całkiem dobrze opisuje to również środowisko rozszerzającej się irracjonalności wewnątrz wielkiej korporacji: nadmierne zatrudnienie menadżerów i transakcje we własnym interesie; środki „cięcia kosztów”, które dziesiątkują zasoby produkcji, pozostawiając nietkniętym małe imperia zarządu; tendencja do rozrostu biurokracji, przy jednoczesnym cięciu utrzymania i wsparcia dla istniejących zobowiązań. Menadżerska alokacja zasobów bez wątpienia tworzy jakiś rodzaj wartości użytkowej – ale bez wiarygodnego sposobu oceny kosztów alternatywnych lub ustalenia, czy zysk był ich wart.

Dobrym przykładem jest szpital, część łańcucha korporacyjnego, którą miałem okazję obserwować z pierwszej ręki. Zarząd usprawiedliwia powtarzające się redukcje pielęgniarek i techników jako środki „cięcia kosztów”, pomimo wzrastających kosztów błędów, pomyłek i infekcji MRSA (odporny na metycylinę Staphylococcus aureus), które przewyższają uzyskane oszczędności. Oczywiście „cięcie kosztów” jako usprawiedliwienie dla redukcji bezpośredniego personelu nie rozciąga się na patronacką sieć urzędników w Biurze Pielęgniarskim. W tym samym czasie, zarząd topi pieniądze w nierozważnych projektach kapitałowych (jak przebudowy , które właściwie czynią sale mniej funkcjonalnymi, czy ekstremalnie drogie nowe jednostki ACE, których nigdy nie otwierano, gdyż są tak źle zaprojektowane); drogie roboty chirurgiczne, kupowane głównie ze względu na prestiż, nie robią nic, co nie mogłoby być wykonane, dzięki zatrudnieniu dodatkowej pielęgniarki. Ale zespół menedżerski rzadko doświadcza osobiście jakichkolwiek negatywnych konsekwencji, gdyż pozostałe trzy wielkie szpitale w regionie działają dokładnie w ten sam sposób.

Oczywiście takie patologie nie są rezultatem wolnego rynku. Nie chcę przez to powiedzieć, że wielkość jako taka nie produkuje kosztów nieefektywności w niektórych firmach, które mogłyby istnieć w warunkach laissez faire. Problem kalkulacji (w szerszym sensie, który obejmuje hayekowskie problemy informacji) może w pewnym stopniu występować lub nie w prywatnych korporacjach na wolnym rynku. Ale granica między rynkiem i hierarchią byłaby ustalona w punkcie, w którym korzyści z wielkości przestają przewyższać koszty takich problemów kalkulacyjnych. Nieefektywności skali i hierarchii mogą być kwestią stopnia, ale – jak powiedział Ronald Coase – rynek zdecydowałby, czy nieefektywności są tego warte.

Problem polega na tym, że państwo, poprzez sztuczną redukcję kosztów skali i ograniczając szkodliwe w konkurencji efekty problemów kalkulacji, promuje większą skalę, niż w przypadku wolnego rynku – w rozmiarze patologicznym, przez problemy kalkulacji. Państwo promuje nieefektywność skali i hierarchii poza punkt, w którym przestaje się to opłacać, z punktu widzenia efektywności społecznej, gdyż ci, którzy zyskują na wielkiej skali, nie są tą samą grupą, która płaci koszta nieefektywności.

Rozwiązaniem jest wyeliminowanie polityk państwowych, które stworzyły tą sytuację, i pozwolenie rynkowi ukarać nieefektywność. By to osiągnąć część libertarian powinna przeegzaminować swoje niepodlegające dyskusji sympatie dla wielkiego biznesu, jako „prześladowanej mniejszości” i pamiętać, że oczekuje się od nich, że będą bronić wolnego rynku – nie zwycięzców z warunkach obecnej gospodarki etatystycznej.

Tekst Economic Calculation in the Corporate Commonwealth został opublikowany w miesięczniku The Freeman: Ideas on Liberty. Tłumaczenie zamieszczono za zgodą wydawcy.

Dorothy Day: Rewizja Celów i Ideałów Katolickiego Robotnika

September 11th, 2007

Jako że ten numer The Catholic Worker przypada na czwartą rocznicę pisma, właściwym jest jeszcze raz przedstawić naszą pozycję na nasz sprzeciw wobec systemu przemysłowego, przygotowań wojennych, niesprawiedliwości rasowej.

Piszemy jako katolicy i Amerykanie. Wierzymy, że te dwie pozycje nie są ze sobą niezgodne.

Przez fałszywych konserwatystów, którzy nie wiedzą, co chcą konserwować, jesteśmy oskarżani o bycie komunistami. A przez komunistów jesteśmy oskarżani o bycie faszystami.

Tak więc jeszcze raz przedstawiamy naszą pozycję, jak i pozycje naszych komunistycznie i faszystowsko nastawionych przeciwników.

Własność prywatna

Komunista wierzy w państwowy socjalizm, jako krok do komunizmu.

My wierzymy w powszechną własność prywatną, deproletaryzację naszego amerykańskiego społeczeństwa. Wierzymy w jednostkę, posiadającą środki produkcji, ziemię i swoje narzędzia. Przeciwstawiamy się „finansowemu kapitalizmowi”, sprawiedliwie krytykowanemu i potępionemu przez Karola Marksa, ale wierzymy, że może istnieć chrześcijański kapitalizm i może istnieć chrześcijański komunizm.

Walka klas

Komunista wierzy w konieczność osiągnięcia państwowego socjalizmu poprzez wojnę klas. („Jak chcecie nawrócić podłych kapitalistów, spekulantów, bankierów? mówi. I jego odpowiedź to „pozbywając się ich”.)

My wierzymy w używanie następujących środków: indoktrynację przy użyciu wszystkich środków propagandowych, jakie mamy do dyspozycji; przez indywidualną praktykę dzieł miłosierdzia; przez wspólnoty rolnicze, które dostarczałyby pracy dla bezrobotnych i kierownictwa dla tych, którzy są chętni, by podjąć się budowy nowego porządku społecznego.

Ateizm

Komunista jest ateistą. „Ateizm jest integralną częścią marksizmu” powiedział Lenin.

My wierzymy, że jesteśmy członkami lub potencjalnymi członkami mistycznego Ciała Chrystusa, oraz że musimy pokazywać tą wiarę przekładając to co duchowe na materialne. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi, Żyd i poganin, biały i czarny, gdyż Bóg stworzył nas wszystkich a Jego Syn umarł za grzechy wszystkich ludzi. Jako że Chrystus jest naszym Bratem, wszyscy ludzie są naszymi braćmi, komunista, faszysta, mccarthysta oraz „kapitalista”.

Przeciwstawiamy się „finansowemu kapitalizmowi” amerykańskiego systemu przemysłowego, ponieważ jest prawdziwie materialistyczny, a więc ateistyczny jak marksizm. I wierzymy, że tylko faszyzm, który odrzuca wszystkie ludzkie wolności, może utrzymać go przy życiu.

Przeciwstawiamy się „planowaniu społecznemu” ponieważ prowadzi do poddaństwa i ponieważ wierzymy razem z R.H.Tawneyem (którego książki Peter Maurin polecał naszym czytelnikom od pierwszego numeru), że „społeczeństwo jest organizmem duchowym, a nie maszyną ekonomiczną.”

Nie dla mccarthyzmu

Wierzymy, że setki tysięcy robotników maszerujących dziś przez centra przemysłowe sprawiedliwie krytykują obecny porządek społeczny jako upadlający.

Wierzymy, że są dzielniejszymi i bardziej szczerymi mężczyznami i kobietami, niż te wielkie masy indyferentnych i wygodnych materialistów, którzy zamykają swoje oczy na biedę i degradację amerykańskiego ludu, czy innych, fanatycznych mccarthystów, którzy w opozycji do rozwiązania komunistycznego utrzymują obecny, materialistyczny system.

Mesjasz

Nie wierzymy, że rozdział bogactwa, sam zreformowany system monetarny, emerytury i epickie plany są praktyczne czy fundamentalne.

Nie wierzymy, że legislacja wyprowadzi nas z bagna w którym jesteśmy zanurzeni.

Wierzymy, że stojący przed nami problem pracy dla porządku społecznego, w którym droga życia umożliwi człowiekowi zbawienie jego duszy, jest problemem moralnym, który musi angażować umysły i energię wszystkich katolików.

Amerykanie

Zaiste, wszyscy Amerykanie powinni otworzyć oczy na rzeczywistość i przypominając sobie, co Thomas Jefferson reprezentował w oczach swoich współobywateli, rozejrzeć się i zastanowić nad stanem, w jakim dziś się znajdujemy. Ten numer gazety niesie po całym świecie opowieść o tych warunkach.

Jeżeli nie jesteśmy zatroskani o te warunki, bierzemy za nie odpowiedzialność.

„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” powiedział Chrystus.

Ten tekst nie jest chroniony przez prawa autorskie. Jednakże, jeżeli używasz tego tekstu lub cytujesz go prosimy o podanie oryginalnego źródła publikacji i tej strony (Dorothy Day Library on the Web na http://www.catholicworker.org/dorothyday/). Dziękujemy.

Tekst oryginalny pochodzi ze strony The Catholic Worker Movement i został po raz pierwszy opublikowany w magazynie The Catholic Worker w maju 1936 roku.

Kevin Carson: Libertarianizm i dystrybutyzm

September 11th, 2007

Między wolnorynkowymi libertarianami a dystrybutystami trwa ciągła dysputa. Na przykład Mises.org ma kilka antydystrybutystycznych tekstów (w szczególności autorstwa Thomasa Woodsa). Po stronie dystrybutystów John Médaille – który uprzejmie poprosił mnie o napisanie tego gościnnego posta – popełnił według mnie błąd traktowania pozycji prawego skrzydła Mises.Org jako powszechnej dla całego wolnorynkowego libertarianizmu.

W rzeczywistości wierzę, że między dystrybutystami a lewym skrzydłem wolnorynkowego libertarianizmu jest duże pole dla potencjalnego porozumienia oraz miejsce dla owocnej współpracy.

Zdecydowanie zbyt duża część libertariańskiego mainstreamu ma tendencje do pro-korporacyjnej apologetyki i miesza zasady wolnego rynku z interesami wielkiego biznesu i bogatych. Zwykle nazywam to „libertarianizmem potocznym” (vulgar libertarianism). Ale ta tendencja nie jest koniecznym rezultatem zasad wolnego rynku. W rzeczywistości, jak podkreśla wielu z nas na wolnorynkowej lewicy, reprezentuje ona właściwie perwersję zasad wolnego rynku.

Większość wzajemnych animozji między dystrybutystami i wolnorynkowcami bierze się nie z integralnych zasad obu ideologii, ale z kulturowych przesądów, które mają niewiele wspólnego z tymi zasadami. Po stronie (niektórych) misoidów, bierze się to z instynktownej sympatii dla wielkiego biznesu i bogatych oraz pragnienia obrony koncentracji bogactwa i wzrostu ilości pracowników związanych z istniejącymi formami przemysłowego kapitalizmu, jako produktu wolnego rynku. Po stronie dystrybutystów – z nieusprawiedliwionego przyjęcia takiego potocznego libertarianizmu jako reprezentatywnego dla libertarianizmu w całości.

W rzeczywistości, daleki od rozpoczynania z pozycji konserwatywnych, wolnorynkowy liberalizm wczesnych ekonomistów politycznych – Smitha, Ricardo i Milla – był doktryną rewolucyjną skierowaną na zniesienie przywilejów ekonomicznych, jak tych u merkantylistów i wigowskiej ziemskiej oligarchii. Jest niemoralnym, że tak wielu z libertariańskiego mainstreamu zaczęło być identyfikowanych z współczesnymi odpowiednikami merkantylistów i latyfundystów: wielkimi korporacjami.

Ale znaczący nurt wolnorynkowego libertarianizmu odwołuje się do radykalnego, oryginalnego podejścia. Część radykalnych odmian klasycznego liberalizmu, włączając w to część samozwańczych socjalistów, wyprowadziła radykalne wnioski z obserwacji Ricarda, że dochód latyfundystów i kapitalistów pochodzi z wartości wytworzonej przez pracę. Radykalny kierunek, w którym zwrócili swoją wolnorynkową filozofię był taki: jeżeli naturalną tendencją wolnego rynku jest, by praca otrzymywała swój pełen produkt, to fakt, że praca nie otrzymuje swojego pełnego produktu w istniejącym kapitalizmie może być jedynie rezultatem przywilejów. Kapitalizm, w odróżnieniu od wolnego rynku, jest systemem, w którym państwo reprezentuje właścicieli kapitału i ziemi oraz interweniuje w rynek na ich korzyść. To narzucenie specjalnych przywilejów utrzymuje ziemię i kapitał sztucznie rzadkimi i drogimi w porównaniu z pracą, więc praca musi płacić haracz za dostęp do środków produkcji. Niech więc państwo zniesie swoje gwarancje dla przywilejów i niech dostawcy ziemi i kapitału konkurują na wolnym rynku bez barier wejścia, a ziemia i kapitał przestaną dostarczać monopolistyczny dochód; zapłata za pracę będzie rosnąć, aż osiągnie swój pełen produkt.

Niektóre wersje tego rozumowania zostały przyswojone jako podstawa dla mutualizmu Proudhona, radykalnie wolnorynkowej myśli Thomasa Hodgskina w Anglii, indywidualistycznych anarchistów w Ameryce, począwszy od Josiaha Warrena, przez Benjamina Tuckera (osobę mającą na mnie największy wpływ) i georgistów.

Pomimo że nie przyjął tak dosłownego radykalizmu, Murray Rothbard (prawdopodobnie najbardziej prominentna gwiazda na anarchokapitalistycznym nieboskłonie) postrzegał obecny system jako taki, w którym nasze państwo korporacyjne używa władzy przymusowego opodatkowywania albo do akumulacji korporacyjnego kapitału, albo obniżenia korporacyjnych kosztów. U szczytu swojego strategicznego sojuszu z Nową Lewicą, Rothbard entuzjastycznie wydobył radykalną historię Gabriela Kolko i Williama Applemana Williamsa, z myślą, że może być inkorporowana do wolnorynkowej krytyki państwowego kapitalizmu. Dziś Sojusz Libertariańskiej Lewicy kontynuuje rozwijanie tych lewicowych aspektów myśli Rothbarda.

Główna, istotowa różnica między dystrybutystami i lewicowymi wolnorynkowcami dotyczy, jak sądzę, nie tyle naszych sympatii czy celów, co naszego rozumienia przyczyn. Jeżeli spojrzymy na większość dystrybystycznej retoryki, to wydaje się twierdzić, że obecna koncentracja bogactwa i kapitału bierze się z leseferyzmu i jest naturalnym rezultatem wolnego rynku, i w związku z tym pewna forma państwowych interwencji jest konieczna, by zapobiec koncentracji bogactwa w coraz mniejszej ilości rąk. Z drugiej strony, lewicowi wolnorynkowcy postrzegają naturalną tendencję rynku jako egalitarną i decentralistyczną, a obecny system władzy korporacyjnej i skoncentrowanego bogactwa, jako rezultat masowej interwencji państwa na rzecz bogatych i potężnych. Lewicowi wolnorynkowcy mówią te same rzeczy, co ich radykalni wolnorynkowi poprzednicy: znieśmy wszystkie państwowe subsydia dla wielkiego biznesu i wszystkie specjalne przywileje, chroniące go przed konkurencją, a rynek zadziała jak dynamit u podstaw władzy korporacyjnej; pozwólmy działać dynamitowi rynku, a ujrzymy zdecentralizowaną gospodarkę małoskalowego przemysłu, produkującego na lokalne rynki, z rozpowszechnioną własnością kooperacyjną i samozatrudnieniem.

Artykuł po raz pierwszy pojawił się na blogu The Distributist Review. Kevin Carson, autor artykułu, prowadzi również stronę Mutualist.Org oraz bloga Mutualist Blog: Free Market Anti-Capitalism.

Per Bylund: Przerażające efekty szkolnictwa publicznego

August 23rd, 2007

Istnieje wiele opowieści o tym, jaką to utopią jest Szwecja: wysokie podatki, liczne regulacje, duża rola polityki, antykapitalizm, egalitariańskie społeczeństwo socjalistyczne, które nie tylko działa – ono rozwija się. Każda z nich jest niczym innym, niż kłamstwem, pomimo to, że jest wielu Szwedów, którzy powiedzą wam jak jest wspaniała – nie chcą dostrzec prawdy, nawet jeżeli widzą ją codziennie.

Ostatnio kolejny mit o szwedzkiej socjalistycznej pierwszorzędności okazał się kompletną nieprawdą: wspaniała jakość szwedzkiej publicznej edukacji. „Wstępne” statystyki dotyczące aktualnego stanu szwedzkiego szkolnictwa publicznego, udostępnione przez Szwedzką Narodową Agencję Edukacji, pokazują trwałą degenerację tzw. Modelu Szwedzkiego – która wręcz wzrasta. Po spędzeniu dziewięciu obowiązkowych lat w szkole, 11,4% szwedzkich dzieci nie spełnia wymogów, by móc iść do szkoły średniej.

Oczywiście, w innych krajach mogłoby to nie być dużym problemem. Ale to jest Szwecja – kraj, gdzie wykształcenie i stopień uniwersytecki jest prawem człowieka. Co więcej, wymagania przy przyjęciu do szkoły średniej są na tak absurdalnie niskim poziomie, że nikt nie powinien być w stanie nie spełnić ich.

Dla początkujących liczą się tylko trzy przedmioty rekrutacyjne: matematyka, szwedzki i angielski. To są przedmioty „centralne”, i trzeba „zdać” wszystkie trzy, by móc iść do szkoły średniej. Można pomyśleć, że nie jest to zbyt trudny wymóg.

Jednak jest to prostsze, niż się wydaje. Szwedzki system szkolnictwa tak naprawdę nie ma ocen – są tylko trzy „oceny”: zdał, zdał z wyróżnieniem oraz zdał z jeszcze większym wyróżnieniem. (Ostatnie przyznaje się niektórym uczniom, ale początkowo było projektowane tak, by nikt nie mógł go zdobyć – oczywiście w imię „równości”.) Tak więc system ocen w szwedzkich szkołach nie pozwala nikomu nie zdać, jest po prostu niemożliwe, by zdobyć coś niższego niż „zdał”.

Jedyny sposób, by nie sprostać wymaganiom, to otrzymać „nie zdał”, które jest ostatnią możliwością dla nauczycieli, którzy naprawdę, naprawdę nie mogą wystawić oceny „zdał”. Jednak „nie zdał” nie jest oceną, nie liczy się, jeżeli je zdobędziesz i zaplanowano je dla uczniów, którzy nigdy nie zadali sobie trudu, by pojawić się (co jest jedyną możliwością, jeżeli chcesz trzymać się z dala od rodziców, nauczycieli, jak również policji, gdyż nie uczęszczanie do szkoły jest przestępstwem).

Problemem ze statystykami, opublikowanymi przez Szwedzką Narodową Agencję Edukacji, nie polega jednak na tym, że część uczniów nie pracuje wystarczająco ciężko i, w związku z tym, nie ma wystarczająco dobrych ocen, by sprostać wymaganiom rekrutacji do szkół średnich. Nie jest to istotne dla tych wymagań – wystarczy dostać jakąkolwiek ocenę. Problemem jest to, że 11,4% młodych ludzi nie jest nawet zdolnych dostać oceny. Właściwie, nie są nawet zdolni otrzymać ocen z jedynie trzech przedmiotów, które się liczą – trzech z dziesięciu w normalnym programie dziewiątej klasy.

A liczą się tylko oceny z ostatniego semestru dziewiątej klasy, więc nawet jeżeli uzyskałeś „nie zdał” w poprzednich semestrach, masz wciąż wolną drogę, jeżeli pojawisz się na ostatni semestr, nawet gdy nic nie będziesz robić…

Można pomyśleć, że da się wybielić tą sytuację, by wyglądała mniej strasznie, niż jest w rzeczywistości. Na przykład, można twierdzić, że szwedzkie szkoły próbują uczyć szwedzką młodzież zbyt zaawansowanych teorii, co powoduje, że dla większości z nich niemożliwością jest złapać sens. Taką próbę podjęły władze i zgaduję, że wielu Szwedów wierzy w to.

Ale poziom trudności w szwedzkich szkołach obniżono do nawet mniej zaawansowanych poziomów – nijak się ma teraz do poziomu nauczania z czasów, gdy sam byłem w dziewiątej klasie (co miało miejsce trochę ponad piętnaście lat temu). Co więcej, pomimo że poziom trudności jest ciągle obniżany, liczba osób nie mogących sprostać wymaganiom wzrasta coraz szybciej: według oficjalnych statystyk z 8,6% w 1997, do 10,5% w 2006 i teraz do 11,4% w 2007 (choć to jedynie „wstępna” liczba).

Problem sięga dużo głębiej, niż ktokolwiek w Szwecji chce przyjąć do wiadomości, i rozszerza się. Są raporty z ostatnich lat o wzrastającym problemie absolwentów szwedzkich szkół średnich nie potrafiących poprawnie czytać lub liczyć. To tylko kwestia czasu, zanim problem ten rozszerzy się na college i uniwersytety.

To co widzimy, jest niczym innym, tylko nieuniknionym problemem socjalizmu państwowego, w którym dzieci państwa opiekuńczego we własnym interesie zachowują się według logiki państwa-opiekunki. Opiekuńcza droga do dobrego życia, nie polega na tym, by osiągnąć je samemu, ale by potrzebować i domagać się go. Pozwól „innym” (kimkolwiek są) odwalić całą robotę.

Ale czy to działa? Jak wkrótce się przekonamy, nie na długo.

Per Bylund [wyślij mu maila] jest doktorantem ekonomii na Uniwersytecie Missouri-Columbia i założycielem Anarchism.net. Odwiedź jego stronę www.PerBylund.com albo jego bloga, gdzie komentuje ten artykuł.

Copyright © 2007 LewRockwell.com

Robert Murphy: Dolar jednak spada

August 15th, 2007

Od jakiegoś czasu próbowałem powstrzymać histerię, co do amerykańskiego deficytu na rachunku bieżącym (tj. 1, 2 i 3). Wykorzystując argumenty ekonomiczne i (mam nadzieję) zabawne analogie próbowałem pokazać, że nie ma nic bezwarunkowo złego w tym, że obcokrajowcy sprzedają nam więcej produktów końcowych i usług, niż my im. Zawsze powtarzałem, że faktycznie, duży deficyt handlowy może być oznaką amerykańskiej rozrzutności i zbliża się dzień zapłaty, ale może to być również oznaka pierwszorzędnych instytucji finansowych i klimatu inwestycyjnego. Czysta logika nie powie nam, z którą sytuacją mamy do czynienia, tak więc potrzeba więcej informacji, niż tylko rozmiar deficytu handlowego.

Teraz muszę jednak przyznać, że po zgłębieniu liczb dla projektu consultingowego zdobyłem „nowe informacje” i zgadzam się z alarmistami, że czas jest bliski: wierzę teraz, że obecnie amerykański deficyt na rachunku bieżącym jest rzeczywiście niezrównoważony i spodziewam się, że w ciągu kilku najbliższych lat dolar będzie spadał (być może ostro) w stosunku do innych ważnych walut.

W tym artykule chcę przejść przez kilka wykresów, które najlepiej przedstawiają mój nowy pesymizm, ale też pokazać, dlaczego zwykłe teksty na temat deficytu handlowego są często niewystarczające w teorii ekonomii.

Zaskakujący wykres: deficyt handlowy kontra dolar

Ten wykres przedstawia amerykański deficyt na rachunku bieżącym, jako procent PKB, oraz siłę USD (mierzoną indeksem St. Louis Fed).

Amerykański deficyt na rachunku bieżącym (czerwony, lewa oś) kontra dolar (niebieski, prawa oś)

Deficyt vs. dolar

Przyjrzyjmy się przez chwilę temu wykresowi, ponieważ pięknie ilustruje standardową teorię, ale również to, dlaczego (moim zdaniem) groźba kryzysu może być tym razem uzasadniona.

Pierwszą rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę, jest to, że zwykle obie linie są zsynchronizowane. To ma sens: jeżeli deficyt na rachunku bieżącym rośnie za bardzo (tj. czerwona linia przesuwa się do góry zbyt wysoko), wtedy dolar spada (tj. niebieska linia idzie w dół). Spadający dolar czyni amerykański eksport tańszym, a zagraniczny import droższym i w związku z tym daje impuls do redukcji deficytu na rachunku bieżącym, tj. czerwona linia znów idzie w dół, w rozsądniejsze obszary.

Odwrotny scenariusz jest (zazwyczaj) również prawdziwy. Jeżeli deficyt na rachunku bieżącym jest nienormalnie niski, obcokrajowcy są krótcy w dolarach (mówiąc potocznie), naciskają na wzrost cen, i niebieska krzywa idzie w górę. Silny dolar pozwala Amerykanom łatwiej kupować importowane dobra i idzie za tym wzrost czerwonej krzywej.

To jest typowa opowieść o handlu międzynarodowym, której większość ludzi uczy się podczas licencjatu z ekonomii: ludzie postrzegają stopę wymiany zagranicznej jako dostosowującą deficyt na rachunku bieżącym z powrotem na obszar „równowagi”.

Jednakże ludzie błędnie zakładają, że równowagowy bilans na rachunku bieżącym powinien wynosić zero, tj. że nie powinno być nadmiernego przepływu majątku do albo z kraju, gdyż w innym przypadku mogą „skończyć nam się pieniądze!” Nie jest to jednak prawda (W niniejszym artykule zamierzam pisać krótko, ale bardziej szczegółowo tłumaczę te kwestie w tekstach, do których odnośniki są na górze.)

Teraz spójrzmy jeszcze raz na wykres w epoce Reagana. Dolar (niebieska krzywa) osiągnął bezprecedensową wysokość, w tym samym czasie deficyt na rachunku bieżącym wzniósł się na taką samą wysokość. Rzeczywiście, analitycy finansowi, którzy zawsze bali się deficytu handlowego, prawdopodobnie przewidywali masowe załamanie się dolara w czerwcu 1983, podczas gdy w tym samym czasie deficyt na rachunku bieżącym (czerwona krzywa) był wyższy, niż podczas całej dekady. Tacy analitycy bez wątpienia doradzaliby swoim klientom, by unikać dolarów, i gdyby ci posłuchali, zostaliby bez grosza w ciągu następnych dwóch lat. (Tak, dolar w końcu szybko spadł, ale pesymistyczne analizy wyraźnie pominęły coś istotnego.)

Dlaczego dolar wciąż rósł, ciągnąc za sobą deficyt na rachunku bieżącym? Do oczywistych przyczyn należą: (relatywnie) duże cięcia podatków podczas pierwszej kadencji Reagana, w połączeniu ze (względnie) odpowiedzialnymi zmianami w polityce Fed’u. Nagle dla inwestorów z całego świata przejście na rozliczenia dolarowe stało się dużo bardziej atrakcyjne, tak więc popyt na dolara osiągnął szczyty. Ten dopływ kapitału do USA musiał być zbilansowany przez napływ dóbr i usług.

Tym razem scenariusz nie jest różowy

Ale tym razem sprawy nie idą tak gładko. Jak pokazuje powyższy wykres, od 2002 obserwujemy bezprecedensowe rozejście się obu krzywych. Dolar spadł do historycznie niskiego poziomu, zaś deficyt na rachunku bieżącym wciąż wspina się na historycznie wysoki poziom. Jest dla mnie wysoce nieprawdopodobne, by obecny deficyt handlowy miał być przypisany cudom amerykańskiej gospodarki. Zamiast tego, wydaje się bardziej prawdopodobne, że sztucznie tani kredyt z początku tej dekady napędzał różne bańki, skłaniając Amerykanów do konsumowania ich kapitału, nie uświadamiając sobie nawet tego. W skrócie, po przejrzeniu większej ilości danych, w dużym stopniu zgadzam się z wnioskami (choć nie z argumentami) pesymistów, jak Peter Schiff.

Wnioski

Zanim zakończę ten artykuł, muszę przyznać, że w poprzednim artykule przedstawiłem pewne empiryczne przewidywania dotyczące dolara, cen ropy i recesji, a teraz ze wstydem muszę przyznać, że byłbym zaskoczony, jeżeli dwie lub więcej okazałyby się prawdą. Ale lepiej przyznać się, że byłem prawdopodobnie w błędzie, zanim zostanie mi to udowodnione.

Amerykańska gospodarka jest teraz dużo bardziej elastyczna, niż podczas ciemnych lat za Cartera. Poziom podatków jest dużo niższy, Fed nie jest tak szalony, a rynki finansowe są dużo bardziej zaawansowane w zarządzaniu ryzykiem. Mimo to, trudno oprzeć się konkluzji, że dolara czekają ciężkie czasy.

Robert Murphy jest autorem The Politically Incorrect Guide to Capitalism. Napisz do niego. Zobacz jego artykuły. Skomentuj na blogu.

Oryginał: A Falling Dollar, After All

George Reisman: Bańka mieszkaniowa i kryzys kredytowy

August 14th, 2007

Zamieszanie na rynku kredytowym, wywodzące się z pęknięcia bańki mieszkaniowej, można łatwo zrozumieć w świetle teorii cyklów koniunkturalnych rozwiniętej przez Ludwiga von Misesa i F.A. Hayeka. Autorzy owi pokazali, że ekspansja kredytowa zniekształca strukturę wydatków i inwestycji kapitałowych w systemie ekonomicznym. To z kolei prowadzi do utraty kapitału na wielką skalę i w związku z tym tworzy okres następującej potem redukcji kredytowej, czyli dokładnie tego, co właśnie zaczyna się dziać. (Na użytek czytelników niezaznajomionych z tym wyrażeniem, ekspansja kredytowa to tworzenie nowych i dodatkowych pieniędzy przez system bankowy i pożyczanie ich po sztucznie zaniżonych stopach procentowych i/lub kredytobiorcom o niskiej wiarygodności kredytowej.)

Źródeł obecnego problemu należy szukać we wzroście bańki giełdowej w początkowych latach bieżącej dekady. By uniknąć skutków deflacyjnych, za wzrostem bańki giełdowej sukcesywnie podążały dokonywane przez Rezerwę Federalną cięcia w stopach procentowych, aż do niewielu więcej, niż 1% pod koniec 2003 roku.

Tych cięć w stopach procentowych dokonywano poprzez powtarzające się wprowadzanie nowych i dodatkowych rezerw bankowych. W tej kwestii najważniejszą stopą procentową była tak zwana stopa Funduszy Federalnych. Jest to stopa procentowa, jaką banki, które są członkami Systemu Rezerwy Federalnej, pobierają lub płacą przy pożyczkach z i dla rezerwy monetarnej, którą są zobligowane utrzymywać dla zabezpieczenia ich depozytów.

Ciągły napływ nowych i dodatkowych rezerw pozwolił systemowi bankowemu na tworzenie nowych i dodatkowych depozytów z korzyścią dla kredytobiorców. Nowe i dodatkowe depozyty były tworzone w ilości dziesięciokrotnie lub więcej przekraczającej nowe i dodatkowe rezerwy i umożliwiły zapewnianie nowych i dodatkowych kredytów w odpowiednio dużej skali. Ostry spadek stóp procentowych, który miał wtedy miejsce, zachęcił w szczególności do brania kredytów hipotecznych. Powodem tego był stromy spadek miesięcznych rat hipotecznych, który brał się z pierwotnego spadku stóp procentowych. Nowe i dodatkowe depozyty były pieniędzmi, stworzonymi z powietrza, które były pożyczane pod hipotekę kredytobiorcom o coraz słabszej wiarygodności.

Tak długo jak nowe i dodatkowe pieniądze napływają na rynek nieruchomości w przyspieszonym tempie, ceny mieszkań wzrastają i większość ludzi wydaje się prosperować.

Ale poczynając od 2004, przez cały 2005 i pierwszą połowę 2006, Rezerwa Federalna, bojąc się inflacyjnych konsekwencji swojej polityki, stopniowo podnosiła stopy procentowe. Robiła to by mieć możliwość redukcji swojej kreacji nowych i dodatkowych pieniędzy dla systemu bankowego.

Gdy tylko polityka ta odniosła sukces, powodując że ekspansja kredytów wchodzących na rynek mieszkaniowy ostatecznie przestała przyspieszać, podstawa dla dalszego wzrostu cen mieszkań zniknęła. To oznaczało wyrównanie popytu na nieruchomości. Popyt na nieruchomości musiał spaść na tyle, na ile upadła ekspansja kredytowa. Stało się tak, ponieważ dużym elementem popytu na domy były właśnie środki dostarczone przez ekspansję kredytową. Spadek tego elementu stworzył odpowiedni spadek w całkowitym popycie na domy. Oczywiście spadek popytu na domy poprzedzał z kolei spadek cen domów. Ceny domów musiały spaść również dzięki wypuszczeniu na rynek mieszkań, kupionych w oczekiwaniu ciągle rosnących cen, kiedy tylko stało się jasne, że te oczekiwania były błędne.

Spadek popytu i cen domów odsłonił olbrzymią ilość niemożliwych do spłacenia kredytów hipotecznych. Ujawnił również odpowiadającą ilość błędnie zainwestowanego, zmarnowanego kapitału: kapitału użytego na cel niespłacalnych pożyczek hipotecznych.

Utrata tej olbrzymiej ilości kapitału podminowała resztę systemu gospodarczego.

Banki i inni pożyczkodawcy, którzy udzielali tych pożyczek, nie są teraz w stanie kontynuować swoich operacji kredytowych na wcześniejszą skalę, a w niektórych przypadkach – na jakąkolwiek skalę. Na tyle, na ile nie zostali spłaceni przez kredytobiorców, sami cierpią na brak funduszy, dzięki którym mogliby udzielać kredytów albo odnawiać je. Nie tylko nie mogą pożyczać tyle co wcześniej, ale w niektórych przypadkach sami potrzebują kredytów, by sprostać zobowiązaniom finansowym zaciągniętym wcześniej, i na które przyszedł czas spłaty.

Tak więc, to z czym mamy do czynienia, to jednoczesna redukcja podaży pożyczalnych funduszy i wzrost popytu na te fundusze, sytuacja, którą celnie opisuje wyrażenie „załamanie kredytowe”.

Fenomen załamania kredytowego jest wzmacniany przez fakt, że ekspansja kredytowa, tak jak każdy inny wzrost w ilości pieniądza, służy wzrostowi płac i cen surowców. W związku z tym redukuje siłę nabywczą każdej ilości funduszy kapitałowych. To również prowadzi w rezultacie do załamania kredytowego, tak szybko jak tylko zostanie zakręcony kurek ekspansji nowych i dodatkowych kredytów. Dzieje się tak, ponieważ firmy potrzebują teraz więcej funduszy, niż to przewidywano, do ukończenia swoich projektów i w związku z tym muszą pożyczać więcej i/lub udzielać mniejszych kredytów, by zabezpieczyć swoje fundusze. (Taka, swoją drogą, jest obecna sytuacja przy budowie elektrowni i innej infrastruktury, gdzie koszty rosły dramatycznie w ciągu ostatnich kilku lat, w efekcie czego odpowiednio większe sumy kapitału są teraz potrzebne do dokończenia tych samych projektów.) Dodatkowo spadek na giełdzie i rynku finansowym, które nastąpiły po tym, jak wycofano wsparcie dla ekspansji kredytowej, oznaczał redukcję sum dostępnych dla finansowania aktywności biznesowej, a więc posłużył intensyfikacji załamania kredytowego.

Obecna sytuacja jest z istoty podobna do wszystkich poprzednich epizodów cyklu koniunkturalnego, uruchomionego przez ekspansję kredytową. Jedyna różnica jest taka, że w tym przypadku ekspansja kredytowa zasilała wzrastający popyt na nieruchomości i jednocześnie większość dodatkowych funduszy kapitałowych stworzonych przez ekspansję kredytową została zainwestowana w nieruchomości. Teraz, gdy popyt na mieszkania spadł w efekcie spowolnienia ekspansji kredytowej, większość z dodatkowych funduszy kapitałowych zainwestowanych w nieruchomości okazało się błędnymi inwestycjami. W najwcześniejszych przypadkach ekspansja kredytowa zasiliła dodatkowy popyt na dobra kapitałowe, szczególnie fabryki i wyposażenie, a większość z dodatkowych funduszy kapitałowych, utworzonych przez ekspansję kredytową, zostało zainwestowanych w produkcję dóbr kapitałowych. Gdy ekspansja kredytowa zwolniła, spadł też popyt na dobra kapitałowe i większość z dodatkowych funduszy kapitałowych zainwestowanych w ich produkcję okazała się błędnymi inwestycjami.

We wszystkich przedstawionych przypadkach ekspansji kredytowej mieliśmy do czynienia z wprowadzeniem do systemu ekonomicznego olbrzymiej ilości funduszy kapitałowych, które trwało tak długo jak ich obecność wydawała się rzeczywistym bogactwem i kapitałem i dostarczała podstawy do ostrego wzrostu kupna i sprzedaży i odpowiedniego wzrostu cen. Niestety, gdy tylko zwolniła ekspansja kredytowa, która wyprodukowała ten kapitał, podstawa dochodowości funduszy, stworzonych wcześniej przez ekspansję kredytową, zniknęła. Stało się tak, ponieważ fundusze te zostały zainwestowane w gałęzie, gdzie ich dochodowość zależy od popytu, który może dostarczyć jedynie kontynuacja ekspansji kredytowej.

W rezultacie ekspansji kredytowej, dziś nie mniej niż w przeszłości, system gospodarczy jest nabity dla prawdziwej implozji kredytu, pieniądza i wydatków. Duża ilość funduszy kapitałowych trafiająca do systemu ekonomicznego przez ekspansję kredytową szybko zaczyna wyparowywać (fundusze hedgingowe Bear Stearns są świetnym przykładem), co potencjalnie może później doprowadzić do zniknięcia olbrzymiej ilości funduszy kapitałowych.

W rezultacie załamania kredytowego, pojawiają się firmy ze zobowiązaniami, których po prostu nie są w stanie uregulować. Nie mogą odnowić ani zastąpić kredytów, które wzięły. Okazują się niewypłacalne i bankrutują. Próby uniknięcia losu takich firm mogą łatwo doprowadzić do procesu załamania finansowego i deflacji.

Dzieje się tak, ponieważ widmo niewypłacalności prowadzi do wzrostu popytu na gotówkę. Firmy potrzebują większej ilości gotówki, by mieć fundusze dostępne, w celu zbliżającej się spłaty kredytów. Nie mogą więcej liczyć na łatwe uzyskanie tych funduszy dzięki pożyczkom, tak jak mogły podczas ekspansji kredytowej, lub w ogóle na uzyskanie ich dzięki pożyczkom. Nie mogą też szybko i zyskownie zdobyć funduszy dzięki upłynnieniu zabezpieczeń i innych środków, które posiadają. Tak więc, oprócz jakichkolwiek funduszy, które wciąż mogą powiększyć w ten sposób, muszą próbować zgromadzić fundusze redukując swoje wydatki poniżej swoich wpływów. Jednak redukcja wydatków, prowadzi do redukcji dochodów ze sprzedaży i zysków i systemie gospodarczym, a więc dalszego obniżenia zdolności do spłaty długów.

W każdym punkcie tego schematu, proces bankructw skutkuje porażkami banków, dochodzi do redukcji ilości pieniądza w systemie gospodarczym, gdyż depozyty niewypłacalnych banków tracą charakter pieniądza i stają się bezwartościowymi zobowiązaniami, których nikt nie zaakceptuje jako zapłaty za dobra lub usługi.

Spadki w ilości pieniądza i wydatków, które częściowo zależą od podaży pieniądza, która zniknęła, skutkują większą ilością bankructw i niewypłacalności banków i jeszcze większym spadkiem ilości pieniądza, jak również późniejszym wzrostem popytu na gotówkę. Taki był obraz Wielkiego Kryzysu z lat 1929-1933.

Zakładając nieograniczoną możliwość kreowania pieniądza, jaką posiada dziś Rezerwa Federalna, wątpliwe jest, by doszło do jakiejś znaczącej deflacji podaży pieniądza. Jest to prawdą również odnoście załamania finansowego, spowodowanego przez wzrost zapotrzebowania na gotówkę. Na potwierdzenie tego The New York Times donosi w internetowym artykule z 11 sierpnia 2007, że „Rezerwa Federalna, próbując uspokoić zamieszanie na Wall Street, ogłosiła dziś, że wprowadzi do systemu finansowego tak dużo pieniędzy, jak potrzeba, by pomóc przezwyciężyć szkodliwe efekty rozszerzającego się kryzysu kredytowego… Fed przesunął dziś rano do systemu 38 miliardów dolarów w tymczasowej rezerwie, czyli więcej niż w podobnym posunięciu [24 miliardy dolarów] dzień wcześniej.” Co więcej, drukowane wydanie The Times, wydanie poprzedniego dnia, donosi na pierwszej stronie, że „Europejski Bank Centralny we Frankfurcie wypożyczył nocą ponad 130 miliardów dolarów po 4-procentowej stopie, by stłumić gwałtowny wzrost stóp, których banki żądają od siebie w zamian za krótkoterminowe pożyczki.”

Tak więc najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie przyszły gwałtowny wzrost wszelkich wydatków i cen, w oparciu o ekspansję podaży pieniądza, w ilości wystarczającej, by pokonać nawet bardzo potężny impuls do załamania i deflacji, który nadszedł jako rezultat pęknięcia bańki mieszkaniowej.

Jest niemal pewne, że kolejnym efektem będzie zatwierdzenie jeszcze większej ilości prawa i regulacji odnośnie działalności finansowej. Nieświadomi centralnej roli ekspansji kredytowej i roli rządu w jej istnieniu, politycy i media już próbują zrzucać winę za obecny kryzys na każdy aspekt gospodarki i działalności finansowej, który wciąż pozostaje wolny od rządowej kontroli.

To prawdopodobnie jest powód, dla którego w tym momencie jedyną rzeczą, która może zapobiec wielkiej depresji na pełną skalę jest kreowanie jeszcze większej ilości pieniądza. Ale ten nowy i dodatkowy pieniądz nie musi koniecznie przybierać formy pieniądza papierowego i czeków. Alternatywą mogłoby być ogłoszenie złotych i srebrnych monet i sztab legalnym środkiem spłaty długów liczonych w pieniądzu papierowym. Nie istnieje granica siły płatniczej, którą odnośnie pieniądza papierowego mogłoby mieć złoto i srebro. Zależy to tylko od ilości dolarów na uncję.

Z pewnością jest to skrajnie radykalna sugestia, ale coś w tym stylu będzie pewnego dnia konieczne, jeżeli świat miałby kiedykolwiek odejść od błędnego koła pieniądza papierowego, z niekończącymi się wzlotami i upadkami wzrostu i recesji, którym od 1933 towarzyszy ciągły spadek siły nabywczej pieniądza.

Copyright ©, by George Reisman. George Reisman jest autorem książki Capitalism: A Treatise on Economics i emerytowanym profesorem ekonomii w Pepperdine University. Jego strona internetowa: www.capitalism.net.

Oryginał: The Housing Bubble and the Credit Crunch. Tekst wykorzystano za zgodą autora.

Jeżeli chcesz wykorzystać ten tekst na swojej stronie kontaktuj się w tej sprawie bezpośrednio z Georgem Reismanem: g.reisman@capitalism.net.